Podróż na Alaskę

Rok 2007. Podróż życia studenta z Polski.

Lake Hood – lotnisko na wodzie w Anchorage.

Posłuchajcie historii Pawła (1/3 Zwolnić Tempo) sprzed ponad dekady:

W 2007 roku jako student poleciałem do USA na Alaskę. Jeszcze przed wylotem miałem mailowy kontakt z innymi studentami Polakami, z którymi planowałem spotkać się na lotnisku w Anchorage i dalej razem układać sobie nasze plany: mieszkanie, pracę, zwiedzanie… Przygotowania do wyjazdu na Alaskę trwały miesiącami, wiza, bilet lotniczy z dwiema przesiadkami plus powrotny, ponieważ taki był wymóg, trochę papierologii z programem studenckim Work and travel. Wydawało się, że wszystko jest pod kontrolą, ale…

Mój amerykański sen szybko zaczął się sypać…

jeszcze przed wylotem z Polski a dokładnie w dniu wylotu. Rejs z Warszawy do Amsterdamu był opóźniony o ok. 40 minut przez co nie zdążyłem na przesiadkę za ocean. W konsekwencji moje losy potoczyły się tragicznie, tak wydawało mi się w tamtym momencie, ale po odbyciu całej 3-miesięcznej podróży uważałem już zupełnie inaczej.

Po kolei:

z Amsterdamu poleciałem do Paryża, chociaż nie takie były pierwotne plany. Tam w eskorcie pracownika lotniska, prywatnym samochodem, zostałem podwieziony pod sam samolot do Nowego Jorku (którego również nie było w pierwotnym planie). Leciałem w drugim rzędzie siedzeń, wliczając pierwszy rząd pilotów Boeinga 7-ileśtam-7. Dla 21-latka to nie lada wydarzenie, kiedy stewardesa co chwilę częstuje Cię innym gatunkiem sera, alkoholu i wszystkim innym czego nie potrafiłem w tamtym momencie nawet nazwać. 8-godzinny lot w większości odbyłem na leżąco, bo mój fotel miał akurat taką opcję. Rozkładał się we wszystkich możliwych kierunkach a z podłokietnika wysuwał się monitor. Nigdy wcześniej i nigdy później nie leciałem w tak komfortowych warunkach.

Na lotnisku w Nowym Jorku zorientowałem się, że w plecaku wciąż mam kanapki przygotowane przez mamę, a przecież do USA nie wolno było przywozić pokarmów. Wyrzuciłem do kosza, mimo że bardzo tego nie lubię.

Przy odprawie do Anchorage kolejny szok!

Nie możemy Pana wpuścić do samolotu, ponieważ na Alasce mamy jedynie międzylądowanie techniczne, tankujemy, zabieramy posiłki i lecimy dalej do Taipei a Pan przecież nie ma odpowiedniej wizy, aby znaleźć się w Tajwanie.” Ludzie! Ja lecę do pracy na Alasce! Jak nie dotrę na czas, to moje stanowisko przepadnie! Niestety, przez błąd w systemie (bądź ludzki, kto wie), otrzymałem rezerwację na rejs, z którego nie mogłem skorzystać. Najbliższy możliwy lot na Alaskę był za 4 czy 5 dni i to nie z Nowego Jorku a z New Jersey. Otrzymałem zakwaterowanie, wyżywienie i cierpliwie czekałem, ale nie w hotelu, tylko zwiedzając m.in. Manhattan, poruszając się nowojorskim metrem… Jeszcze wczoraj w Polsce pisałem egzamin a dzisiaj spaceruję po Nowym Jorku. Emocje na poziomie high!

W nowojorskim metrze.
Broadway z lewej i lotnisko JFK z prawej.
Konie a w tle mechaniczne.
Manhattan.
Ruiny WTC. 2007.

Do New Jersey pojechałem taksówką wynajętą przez linie lotnicze. Full wypas. Dalej moje losy potoczyły się już gładko: doleciałem do Chicago, tam ostatnia przesiadka i jestem w Anchorage.

Po 7-miu dniach od wylotu z Warszawy dotarłem na Alaskę!

W międzyczasie, jeszcze z Nowego Jorku, w kafejce internetowej [sic!] pisałem maile do wspomnianych studentów Polaków. I wiecie co? Nie dostałem żadnej odpowiedzi. A na lotnisku w Anchorage? Jak zapewne się domyślacie nikt na mnie nie czekał. Nie powiem, widok przez szklaną ścianę terminalu był boski, z jednej strony ocean, z drugiej góry. Ale co mam z sobą począć? W kieszeni miałem niewielkie pieniądze, nie pamiętam czy 100 czy 200 a może 300 dolarów. Na pewno nie więcej. Weźcie pod uwagę, że nie było wszechobecnego Wi-Fi, nie było smartfonów, aplikacji Airbnb czy Ubera. Po prostu „normalne” życie. Trzeba drogi szukać, ludzi pytać, orientować się w terenie.

Co dał mi ten wyjazd?

Oprócz oczywistych przygód, emocji, widoków, możliwości wykonania wielu zdjęć? Co więcej może dać 21-latkowi przygoda za oceanem? Odwagi i dużo pewności siebie. Spokoju w nieprzewidzianych sytuacjach i umiejętność szukania rozwiązań „na już”, kiedy sypią się plany. Poza tym przygodę niezaplanowaną wspomina się częściej niż tą skrupulatnie przemyślaną.

W tym momencie kończy się opowieść o podróży za ocean a zaczyna moja przygoda z życiem i pracą na Alasce. Ciekawi co dalej? Bądźcie czujni.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *